Dobrolin, zapisy na osiedle Leśny zakątek, najtaniej Czapelska Place najtaniej
  • Nasza grupa to 1408 osób
Załóż konto
Drukuj

Idzie druga fala kryzysu?

Idzie druga fala kryzysu

Nina Hałabuz

2009-08-23,

- Kryzys jeszcze się nie skończył. W sektor finansowy uderzy druga jego fala. Szkody poniosą nawet te banki, które do tej pory radziły sobie nieźle - prorokuje Josef Ackermann, prezes Deutsche Banku. Czy polska gospodarka zdoła wyjść z niego obronną ręką?

Szef Deutsche Banku porównuje kryzys do serii trzęsień ziemi, których epicentra znajdują się w różnych miejscach. Źródłem nowej fali problemów ma być lawinowo rosnąca skala niespłacanych pożyczek. One - przestrzega Ackermann - bardzo opóźnią ożywienie gospodarcze.

Trudno się dziwić pesymizmowi szefa największego niemieckiego banku: w DB wartość nietrafionych kredytów w drugim kwartale wzrosła o 44 proc., przez co musiał on zawiązać 1 mld euro rezerw - siedmiokrotnie więcej niż rok wcześniej. Zresztą w całej Europie instytucje finansowe uginają się pod ciężarem złych długów: brytyjski Lloyd's w pierwszym półroczu dokonał odpisów na blisko 13 mld funtów. A irlandzki AIB z powodu złych kredytów poniósł ponad 800 mln euro strat.

Przyczyny problemów wszędzie są podobne:

  • zbyt duża dostępność kredytów najpierw napompowała bańkę na rynku nieruchomości, a jej pęknięcie wywołało lawinową przecenę kupionych za pożyczone pieniądze mieszkań i domów, dotknięte spadkiem zamówień i zatorami płatniczymi firmy nie są w stanie regulować swoich zobowiązań wobec banków - a szukając oszczędności, tną zatrudnienie. Zwykli klienci tracą pracę i przestają spłacać pożyczki, które zaciągnęli na mieszkania, samochody, wakacje.

Milion mieszkań w Hiszpanii czeka

Najgorzej sytuacja wygląda w Hiszpanii, Irlandii i krajach nadbałtyckich, gdzie w czasach prosperity bańka cenowa na rynku nieruchomości urosła do monstrualnych rozmiarów. W Hiszpanii, gdzie budownictwo mieszkaniowe od lat było kołem napędowym gospodarki, na nabywców czeka ponad 1 mln gotowych mieszkań (to prawie tyle, ile Polska potrzebuje, by zaspokoić swój „głód mieszkaniowy"). Ceny są już niższe niż w dużych polskich miastach: za metr kwadratowy trzeba zapłacić średnio 1200-1400 euro. Większość mieszkań zbudowano za pieniądze pożyczane przez lokalne kasy pożyczkowe (tzw. cajas). Problem w tym, że coraz częściej ich klienci nie są w stanie spłacać kredytów: w Hiszpanii co piąta osoba jest bez pracy, ponad milion obywateli utraciło już prawo do jakichkolwiek świadczeń społecznych, a ekonomiści prognozują, że do końca roku liczba bezrobotnych sięgnie 4 mln. Bezrobocie jest znacznie wyższe wśród imigrantów, którzy przyjechali do Hiszpanii za pracą - rząd zastanawia się, jak pozbyć się części bezrobotnych obcokrajowców.

Część kas pożyczkowych znalazło się na progu wypłacalności - co najmniej 10 instytucji trafiło pod specjalny nadzór banku centralnego, a rząd przewiduje 9 mld euro na ich rekapitalizację.

Kredytowy silnik w Irlandii się zatarł

Podobnie sytuacja wygląda w Irlandii, która przez lata była wychwalana za tempo zwiększania akcji kredytowej. Firmy płaciły coraz więcej, ludzie czuli się bogatsi i chętnie się zadłużali. Trzem największym instytucjom finansowym - Allied Irish Banks (właściciel polskiego BZ WBK), Bank of Ireland i Anglo Irish - wystarczyło siedem lat, by dwukrotnie zwiększyć wartość swoich portfeli kredytowych. Dla porównania - na początku swojej działalności Bank of Ireland potrzebował do tego 225 lat.

Teraz irlandzkie banki uginają się pod ciężarem złych długów. Ich klienci tracą pracę, szczęściarze po prostu zarabiają mniej. - Już w święta Bożego Narodzenia nie było dobrze. Na wiosnę nie mogłem już dokładać do interesu i powiedziałam dwójce moich pracowników, że albo obetnę im pensje o połowę, albo jedno z nich będę musiała zwolnić - mówi Penny, właścicielka sklepu odzieżowego w Galway w zachodniej Irlandii. - Nie byli zachwyceni, ale się zgodzili - dodaje.

Fala złych kredytów jest tak potężna, że - aby ratować system bankowy - rząd postanowił utworzyć tzw. bank złych długów. Nama - National Asset Management Agency (Narodowa Agencja Zarządzania Aktywami) - ma skupić od banków aktywa warte 87 mld euro, czyli blisko połowę irlandzkiego PKB. Do "złego banku" mają trafić pożyczki udzielone m.in. największym firmom deweloperskim.

W Irlandii toczy się gorąca dyskusja, ile Nama ma płacić za przejmowane od banków długi - początkowo była mowa o 75 proc. ich wartości nominalnej, ale coraz więcej polityków zaczęło domagać się większego "rabatu".

Bałtyckie potęgi na bezrobociu

Ciężar złych długów przytłacza też nadbałtyckie tygrysy. Na Łotwie, Litwie i w Estonii ludzie zastanawiają się przede wszystkim nad tym, jak przetrwać kryzys. Zaledwie w ciągu roku pracę straciły dziesiątki tysięcy osób - na Litwie i w Estonii stopa bezrobocia przekroczyła w czerwcu 17 proc., na Łotwie zbliża się do 16 proc. Pod urzędami pracy ustawiają się coraz dłuższe kolejki, ale urzędnicy boją się przede wszystkim tego, co będzie zimą, gdy większość bezrobotnych utraci prawa do świadczeń. W okresie hossy wielu młodych ludzi rzuciło naukę w szkołach i na uniwersytetach, żeby zacząć pracę, głównie w budownictwie. Na kredyty kupowali mieszkania i samochody. Teraz nie mają ich z czego spłacać. Na dodatek ceny nieruchomości lecą na łeb na szyję: dwa lata temu 60-metrowe mieszkanie w Rydze kosztowało 90 tys. euro. Teraz jest warte nie więcej niż 35 tys. euro. Potężna fala złych długów uderza w skandynawskie banki, które zdominowały rynki finansowe naszych północnych sąsiadów: szwedzki Swedbank poinformował, że od czerwca ubiegłego roku liczba złych długów na Litwie i Łotwie skoczyła 12-krotnie. Z powodu gigantycznych rezerw pierwszą połowę roku Swedbank zakończył ze 183 mln euro straty.

Czy nam się uda?

Polski też problem złych długów nie omija: w pierwszej połowie tego roku z powodu niespłacanych terminowo kredytów banki musiały zawiązać prawie 5,8 mld zł rezerw - trzy razy więcej niż rok wcześniej.

Najbardziej niepokojąco sytuacja wygląda po stronie firm - Narodowy Bank Polski podaje, że od początku roku wartość złych kredytów korporacyjnych rośnie co miesiąc o 1,5 mld zł. To tyle, co przez cały ubiegły rok. Jeśli tak dalej pójdzie, pod koniec roku może sięgnąć 30 mld zł i zbliżyć się do niechlubnego rekordu z kryzysu w 2003 r.

Ale bankowcy są dalecy od paniki. Podkreślają, że największym problemem były dla nich opcje walutowe: nie wiadomo było, który z klientów może jeszcze mieć kłopoty, gdzie wybuchnie kolejny pożar. Teraz, gdy klienci opcyjni zostali już zidentyfikowani, sytuacja wydaje się opanowana. - Nie chcę być hurraoptymistą, ale widzę pierwsze pozytywne sygnały - mówi Mariusz Grendowicz, prezes BRE Banku. Chwali zaradność przedsiębiorców: - Polskie firmy bardzo boleśnie przechodziły kryzys gospodarczy lat 2002-03. Dużo się wtedy nauczyły i teraz bardzo szybko zareagowały na sygnały pogarszającej się koniunktury - wskazuje szef BRE. Co dokładnie robiły? Przede wszystkim rezygnowały z projektów inwestycyjnych - według PKPP Lewiatan ponad 40 proc. firm ograniczyło lub całkowicie obcięło plany w tym zakresie. Firmy ograniczały też zapasy, zwiększając ilość dostępnej gotówki i zmniejszając zapotrzebowanie na kredyty obrotowe. Część zdecydowała się na bardziej drastyczne kroki i cięła zatrudnienie. Dzięki temu coraz więcej klientów, chociażby z branży odzieżowej, mówi, że ich sytuacja się poprawia. Są też firmy, które właśnie w czasach kryzysu mają żniwa. Chociażby Lentex, największy w Polsce producent wykładzin.

- W czerwcu sprzedaliśmy o 45 proc. więcej wykładzin w porównaniu z czerwcem 2008 r.! Sprzedaż rośnie na rynek krajowy, ale też na eksport. Eksportujemy głównie na Wschód, do Rosji i na Ukrainę. Popyt jest tam ogromny - w marcu tego roku weszliśmy do jednej z największych tamtejszych sieci handlowych - mówi Sławomir Badora z zarządu Lentexu.

Z kolei Brunon Bartkiewicz, prezes ING Banku Śląskiego, wskazuje, że w Polsce nie mieliśmy do czynienia z załamaniem cen na rynku nieruchomości stanowiących zabezpieczenie udzielanych kredytów. Ceny mieszkań i nieruchomości komercyjnych spadły może o 10-15 proc., ale nikt nie mówi o 30-proc. przecenie. - Dlatego, jeśli nawet nasi klienci mają problem ze spłacaniem kredytów, to przecież cały czas pozostają zabezpieczenia, których wartość jest stabilna i wysoka - tłumaczy szef ING.

Szybka pożyczka nieco... za szybka

Piętą achillesową naszych banków mogą okazać się natomiast szybkie pożyczki. Najbardziej problematyczne okazują się tzw. kredyty na dowód - w okresie kredytowej hossy banki były gotowe pożyczać pieniądze nie swoim klientom, bez żyrantów i zaświadczeń o dochodach - wystarczyło przyjść z dowodem osobistym i złożyć oświadczenie, żeby po 15 minutach wyjść z oddziału z kilkunastoma tysiącami złotych. Bankowcy wychodzili z założenia, że prowizje i oprocentowanie takich kredytów są na tyle wysokie, że nawet jeśli co dziesiąty pożyczkobiorca nie odda pieniędzy, to i tak dobrze na tym interesie zarobią. Teraz plują sobie w brodę za to, że taki pomysł kiedykolwiek przyszedł im do głowy i dopuścili do kredytowego rozdawnictwa.

Jego skala była ogromna: Mariusz Karpiński, były prezes GE Money Banku, szacuje, że ok. 100 tys. klientów banków spłaca po co najmniej 10 kredytów, często jedne pożyczki, spłacając drugimi. Ale ten łańcuszek łatwo przerwać: wystarczyło, że banki przykręciły kurek z nowymi kredytami, i zadłużeni po uszy klienci nie będą mogli zaciągnąć kolejnej pożyczki.

Skala problemu okazała się tak potężna, że część banków w ogóle postanowiła wycofać się z szybkich pożyczek. Np. Kredyt Bank, który w ubiegłym roku - za pośrednictwem wyspecjalizowanego w kredytach gotówkowych i ratalnych Żagla - udzielił ponad miliona takich kredytów na ponad 3 mld zł. Okazało się jednak, że tak wielu klientów spóźnia się ze spłatami, że bank musiał w pierwszej połowie roku zawiązać ponad 150 mln zł rezerw i postanowił więcej takich pożyczek nie udzielać.

- Będziemy musieli przemyśleć ten model biznesowy. Dobra wiadomość jest taka, że skala problemu po stronie klientów, których znamy, bo mają rachunki i lokaty w Kredyt Banku, jest znacznie mniejsza - podkreślał Maciej Bardan, prezes KB.

Podobną decyzję podjął zarząd mBanku - jeszcze we wrześniu mocno wyhamował z pożyczkami dla tzw. klientów zewnętrznych, a w kwietniu w ogóle zrezygnował z ich udzielania. Mariusz Karpiński szacuje, że "przekredytowani" klienci pożyczyli od banków w sumie 9 mld zł - więcej, niż w tym roku mają szansę zarobić wszystkie działające w Polsce banki.

Źródło: Gazeta Wyborcza http://gospodarka.gazeta.pl/pieniadze/1,29577,6956557,Idzie_druga_fala_kryzysu.html